Historia Żabki - etap pierwszy

Żabka (kupka nieszczęścia) trafia do domu.

Podobna do Parson Russell Teriera posiada bardzo wiele jego cech. Osoby niezorientowane często ją myliły, a wręcz nie odróżniały od jej rasowej koleżanki, młodszej o co najmniej 5 lat.

Żabkę znaleźli dobrzy ludzie w czerwcu 2000 roku w lesie lub na wsi bardzo zmasakrowaną, wręcz w stanie agonii. Najpierw trafiła do weterynarza, uznał on, że psinka nadaje się tylko do uśpienia. Z powodu licznych obrażeń i wycieńczenia nie dawał jej żadnych szans na przeżycie nawet jednej nocy! Na szczęście ludzie, którzy ją znaleźli postanowili, że będą tę "bidę" ratować za wszelką cenę, a ona pokazywała, że bardzo chce żyć. Nie mogli jednak trzymać jej u siebie, więc Żabka trafiła do domu Pani Ewy. Tam została poddana leczeniu i była oswajana z człowiekiem, bardzo się bała. Wielu moich znajomych wiedziało, że chciałabym mieć psa, gdy dowiedzieli się o suni, skontaktowali mnie z Panią Ewą i tak w połowie lipca trafiłam do domu, gdzie przebywała Żabka. Przyjechałam pod dom z ogrodem, otworzyła mi Pani Ewa, jednak nie było przy niej żadnego psa. Powiedziała, że jeżeli Żabka mi się nie spodoba to absolutnie nie muszę jej brać i żebym miała świadomość, że ona jest jeszcze w strasznym stanie. Ustaliłyśmy wiele szczegółów i wreszcie wypuściła Żabkę z domu. I...

Moim oczom ukazało się takie oto biedactwo: całkiem łyse (miała może z pięć pojedynczych włosów), poobijane, z fioletowymi pręgami na grzbiecie, przepukliną od pobicia, ze zmasakrowaną mordką, pokrzywionymi od pobicia ząbkami, widzące na jedno oczko i koszmarnie bojące się wszystkiego. Żabka podeszła do mnie z podkulonym ogonkiem, w zasadzie cała była skulona, jakby jej nie było. Usiadłyśmy sobie na trawie naprzeciw siebie, ja ze łzami w oczach, Żabka z tym swoim przerażeniem i tak sobie patrzyłyśmy w te opuchnięte oczy, moje od płaczu, jej od pobicia. Od razu wiedziałam, że będziemy razem na zawsze...

Niestety, nie mogłam jej zabrać ze sobą, bo czekała mnie przeprowadzka, a Żabka w tym stanie kompletnie nie nadawała się do takiego zamętu. Bała się głośniejszej rozmowy, podniesionej ręki, jakichkolwiek gwałtowniejszych gestów, czy ruchów. Ustaliłyśmy z Ewą, że do końca mojej przeprowadzki Żabka pomieszka u niej. Nagle 4 sierpnia dostaję telefon, że albo dziś zabiorę Żabkę, albo trafi do kogoś innego. Nie myślałam nawet minuty, w samochód, kupiłam po drodze obrożę, smycz, posłanie i biegiem do Ewy po Żabkę. Byłam w niecałą godzinę. Podjeżdżam, a tu cały płot udekorowany kartonami. Okazało się, że Żabka zaczęła uciekać przez płot za Ewą. Taka z niej była Żabka. I tak na dwa dni przed ostateczną przeprowadzką Żabka trafiła do mnie, nadal z tymi kilkoma włosami na grzbiecie, ale nieco już widzącymi oczkami.

W drodze do domu Żabka wymiotowała na potęgę. Trochę mnie to zmartwiło, bo chciałam jeździć z nią do pracy, a tu okazało się, że ma chorobę lokomocyjną. Jednak postanowiłam być silna. W domu najpierw schowała się pod stół i leżała tam do wieczora, a potem przykleiła się do mojej nogi i tak już pozostała - na wiele dni. Poszłyśmy na spacer (na smyczy jak zaleciła Ewa), ale Żabka cały czas była przyklejona do nogi. Załatwiła się dopiero kiedy nogę postawiłam na trawniku! Nie pamiętam jak długo trwały takie spacery (już bez smyczy), ale trochę to trwało. Pierwszej nocy Żabka z nerwów zaczęła jeść wełnianego futrzaka na podłodze i zwymiotowała od tych kłaków (takie psiny mają potrzebę przeżuwania, lub ssania czegoś - robią to z lęku), potem bardzo się bała, choć przecież nikt na nią nie krzyczał... strach powracał przy każdej okazji.

Na drugi dzień po przybyciu zabrałam Żabkę do weterynarza. Ustaliliśmy, że ma nieco ponad rok, biodra ma w porządku, zęby trzeba wzmocnić ćwiczeniami, bo są tak pokrzywione, że mogą na starość wypaść (ma je do dzisiaj nieco pokrzywione) i trzeba zrobić operację na przepuklinę, ale dopiero za jakiś czas jak Żabka oswoi się ze mną. Jednak po około tygodniu Żaba na spacerze postanowiła sobie skoczyć murku i przepuklina znacznie się powiększyła. Okazało sie, że dłużej nie można czekać i operację trzeba zrobić jak najszybciej. Umówiliśmy się na sobotę. Usypianie Żabki do operacji trwało dość długo, bo to żywotne zwierzątko nie chciało się poddać.

Operacja przebiegła pomyślnie, jednak, zupełnie bez sensu, nie zgodziłam się przy okazji na sterylizację. Pełna życia i energii Żabka już następnego dnia była gotowa hasać i szaleć jak dawniej, jednak nie dawała się dotknąć i obejrzeć sobie ran i dość zdecydowanie warczała. Bałam się, że mnie dziabnie. To był poważny problem - nie chciałam jej niepotrzebnie drażnić, ale nie mogłam pozwolić, aby zrobiła sobie krzywdę, bo maniakalnie próbowała dobrać się do szwów. W końcu po kilku dniach odważyłam się na nią krzyknąć i zdecydowanie zabrałam się do oglądania jej brzuszka. Jakoś podziałało i mogłam spokojnie przemyć rany.

Po dziesięciu dniach pojechałam z nią na zdjęcie szwów. Trwało to blisko godzinę, choć Żabkę trzymały 2 osoby, a weterynarz zdejmował szwy. Po tym zabiegu wszyscy włącznie z Żabką byliśmy spoceni i nieźle umordowani, ale wiedziałam, że teraz mamy już "z górki".

I tak zakończyliśmy pierwszy etap oswajania.

c.d.n.

tekst i zdjęcia: Ania Pieska

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com